Dziecko… Mogę być ojcem. Przed Nią
byłem z taką jedną. Kuzynka i jej psiapsiółka nie miały z kim iść na
studniówkę. Jakub poszedł z moją kuzynką, ja z jej kumpelą. Tak poznałem rok
starszą ode mnie Amandę. W czasie balu fajnie się bawiliśmy, lecz po nie
utrzymywaliśmy kontaktu. Do czasu aż nagle znowu spotkaliśmy się, bo Amanda
miała dla mnie i dla Jakuba zdjęcia ze studniówki.
To był tylko i wyłącznie seks. Nic
więcej. Amanda nigdy nie miała dość. Chciała zawsze i wszędzie. Dzwoniła i
spotykaliśmy się, albo czekała na mnie pod szkołą. Wagarowałem, nie chodziłem
na fakultety przygotowujące do matury, nie miałem czasu na naukę. Chodziliśmy
do kina, na imprezy, jeździliśmy pod namiot. Przez te amory doprowadzałem
rodziców do szału i nie zdałem matury.
Na szczęście jakoś skończyłem szkołę
średnią. Ale niezdana matura to był kubeł zimnej wody. To był impuls by
wydorośleć. Nie podwinęła mi się noga, po prostu nie zaliczyłem dwóch
egzaminów. Nie miałem szans próbować w wakacje. Mogłem dopiero za rok ponownie
przystąpić do matury.
Po jakimś czasie przestało nam – mnie i
Amandzie - się układać. Każde poszło w swoja stronę. Nie wiem co u niej. Może
kiedyś okaże się, że urodziła mojego syna, czy córkę. Matki umierają i wtedy
dzieci szukają swoich ojców, albo gdy potrzebny przeszczep rodzinny. W życiu
różnie bywa.
Nie powiedziałem Sarze czego szukałem w
necie, bo sprawdzałem, czy na facebooku, czy naszej klasie jest ta moja była.
Znalazłem ją. Ma dziecko. To mały chłopiec. Patryk. Mój? Nie mój? Może
powinienem skontaktować się z nią i dowiedzieć się. I co potem jeśli okazałoby
się, że odchodząc była w ciąży? Jakby co wypadałoby chociaż alimenty płacić. To
byłaby jedna z pozycji, co miesiąc do zapłacenia, między opłatami za prąd, wodę,
czynsz?
Jeśli to rzeczywiście moje dziecko?
Na pewno Sara pomyślała, że może
chodzić – jak to piszą na forach – o „s” (samobójstwo).
**********
- Czy twój pobyt w
szpitalu miał coś wspólnego z ciążą? – spytał Krystian.
- Nie ma to jak wujek
gogle i ciocia wikipedia. A co, nie chciałbyś zostać tatusiem. – to nie było
pytanie, a stwierdzenie.
- Nie o to chodzi.
- Można powiedzieć, że
przyczyną był stan błogosławiony.
- Uwielbiasz nabijać się z
tego określenia.
- Jaki on błogosławiony?
Kobieta rzyga i wygląda to tak jakby jej organizm chciał się pozbyć płodu. Mnie
to się kojarzy z odrzucaniem przeszczepu. A moja znajoma, o swoim nienarodzonym
dziecku mówiła „obcy”.
- Urodziła je?
- Tak, ma syna.
Pomyślałeś, że poszła na skrobankę? Nie wiem, czy planujesz mieć dzieci, czy
nie, ze mną, a może z inną… Nie przerywaj mi, proszę. Ale ja nie chcę dzieci.
Jesteśmy za młodzi by zostać rodzicami. Życie przed nami, studia, praca, może
kariera, dorabianie się. Nie marzę o powiększeniu rodziny!
- Teraz, czy nigdy?
- Nie za dużo tych pytań? Jednego
jestem pewna, że teraz to na pewno nie chciałabym zostać mamusią.
- Powiedziałaś, że „można
powiedzieć, że przyczyną był stan błogosławiony”. Byłaś w ciąży?
- Na to wychodzi.
- Spodziewałaś się
dziecka. – głośno myślał.
- Ale już po sprawie.
Poroniłam.
Teraz to On wyszedł z
pokoju. Wyglądał jakby dostał obuchem w głowę.
Po chwili wrócił.
- Znowu masz minę której
nie lubię. Nie wróży ona nic dobrego. – powiedziałam.
- Że niby jaką?
- Coś cię zdenerwowało?
- Nie! – odburknął. - Jak
mogłaś powiedzieć, że: „już po sprawie”?
- Poroniłam, nie urodzę
tego dziecka.
Robił wielkie oczy. Jakby
słuchał tego co powiedziałam z niedowierzaniem.
- To był początek ciąży.
Nawet nie miałam pojęcia o niej. Nie było żadnych objawów, typu na przykład
wymioty. Nie rozpaczałam. Nie każda kobieta marzy o macierzyństwie. Dobrze się
stało, że poroniłam.
Znowu był zaskoczony.
- Chwila. Czyżbyś
podejrzewał, że zrobiłam coś by tak się stało?
Zamurowało mnie.
- Ty naprawdę pomyślałeś,
że pozbyłam się tego dziecka? Jak mogłeś?!
Był zakłopotany. Nie
wiedział co zrobić, co powiedzieć.
- Może jeszcze
zastanawiałeś się, czy ono było twoje?
Wyglądał jakbym przyłapała
Go na czymś strasznym. Miał minę oznaczającą, że wolałabym nie usłyszeć
odpowiedzi
- Pomyślałeś, że cię
zdradziłam. Pięknie! Brałeś pod uwagę i jedno i drugie, celowe doprowadzenie do
poronienia i moją niewierność. Nie wierzę. To jakiś koszmar!
- To nie tak jak myślisz.
Dałam Mu w twarz. Ten tekst działa na mnie
jak płachta na byka. Uprzedzałam Go, że tak zrobię. Mówiłam Mu to, gdy np. w
telewizji ktoś wygłosił ten znienawidzony przez mnie tekst. Dla mnie oznacza on
robienie z kogoś idioty.
- Może teraz tak mówię, bo
co mam mówić? Mam rozpaczać? Skąd wiesz, że nie robiłam tego? Nie pomyślałeś,
że mogłam naprawdę pragnąć tego dziecka? Bo było twoje! Nie przyszło ci do
głowy, że poroniłam przez wizyty twojej mamuśki. Żyłam w wielkim stresie. Przez
nią! Znowu ja jestem ta zła.
Podszedł w moją stronę.
Cofnęłam się i wysyczałam wściekła na niego:
- Nie dotykaj mnie! Nie
odzywaj się do mnie i najlepiej zejdź mi z oczu, bo nie mogę na ciebie patrzeć!
Miał ochotę wyjść. Już był
w przedpokoju, sięgał po kurtkę, ale zawahał się.
- Idź. Nie polecę za tobą,
żeby cię kontrolować i sprawdzać, czy nie wpadłeś na jakiś głupi pomysł!
Nadal stał. Był między
młotem, a kowadłem.
- Nie spakuję się i nie
ucieknę.
Chociaż miałam wielką ochotę to zrobić.
Może nie spakować się, ale dłużej pobyć sama, tak długo jakbym tego
potrzebowała.
Chyba chciał wiedzieć, że
nie spakuję się i nie ucieknę byle dalej od niego. Usłyszał co chciał usłyszeć
i wyszedł.
Pojechał motorem.
Słyszałam jak ruszył z piskiem opon.
Jemu te przejażdżki dobrze
robiły, na mnie działały jak płachta na byka. Rzuciłam kubkiem. Potłukł się. Na
szczęście był pusty. Posprzątałam szybko ze względu na Filona.
Ryczałam tak długo, że aż
zabrakło mi łez.
Nie wiem ile Go nie było.
Chyba wystarczająco długo nie wracał, bo zdążyłam ciut ochłonąć.
Wrócił odmieniony. Nie był smutny,
przybity. Wręcz przeciwnie. Uśmiechnięty. Coś knuł. Albo był pod wpływem czegoś
poprawiającego nastrój. Też poproszę.
- Przepraszam! Nie kupiłem
kwiatów, bo nie przyjęłabyś ich z myślą o bezpieczeństwie Filona. Ale mam coś
innego.
- Mam dosyć niespodzianek.
– powiedziałam to takim tonem, żeby odebrał to jako „spadaj!”.
- Ta jest miła, fajna.
Jestem pewien, że ci się spodoba i sprawi radość. – ekscytował się Krystian.
- Wątpię.
- Rozmawialiśmy, że
przydałby nam się wyjazd. Odpoczynek, zmiana otoczenia, bycie tylko we dwoje. A
więc wyjeżdżamy. Bierzemy kota i w drogę.
- Gdzie? Kiedy?
- To niespodzianka.
- Mam nadzieję, że nie
polecimy samolotem.
- Wiem, że nie dałabyś
zamknąć Filona w luku bagażowym.
- I pod namiot też nie
jedziemy?
- Nie będzie żadnych
robaków, które mogłyby ci wejść do nosa, albo do ucha. Łazienka, brak
telewizora, łono natury. Tak jak lubisz.
- Może lepiej Filona
zostawić u sąsiadki? – zaproponowałam.
- Noo. Nudziłby się
podczas, gdy my będziemy zwiedzać.
- Naprawdę wszystko
zaplanowałeś?
- Tak. Możemy jechać w
każdej chwili. Pakujemy się i w drogę.
**********
Pojechaliśmy do domku, który należał do
Jakuba. Odziedziczył go po śmierci ojca. Teraz udostępnił go nam – Krystianowi
i mnie. Las i jezioro. Było cudownie!!! Potrzebowaliśmy tego 😊. Spokój,
cisza, zero wtrącających się ludzi, lasy, grzybobrania, pikniki, rowery, wycieczki,
żaglówka, oglądanie wschodów i zachodów słońca oraz gwiazd, spacery, kąpiele w
jeziorze i my dwoje. Aż nie chciało się wracać.
**********
- Co myślisz o ślubie? –
zapytał mnie Krystian.
- A ty? – potrzebowałam
chwili do namysłu.
- Ułatwia życie, a nasze
było ostatnio zbyt skomplikowane by nie rozważać zmian.
- Gdyby nie twoja zgoda
nie wpuszczaliby mnie do ciebie, gdy byłeś w szpitalu. I nie miałabym pojęcia o
twoim stanie, bo nikt by ze mną nie gadał.
- Po ślubie to by się
zmieniło. Bylibyśmy małżeństwem, rodziną.
- Już nie byłoby
krępujących sytuacji na poczcie typu: „a kim pani jest dla tego pana?”.
- Mogłabyś odbierać
paczki, listy polecone i nie musiałabyś mówić, że jesteś konkubiną.
- Nienawidzę tego słowa!
- Żona brzmi zdecydowanie
lepiej. – kusił.
- Chciałbyś tego?
- Tak, a ty?
- Myślisz o małżeństwie
mając zaledwie 22 lata? – naprawdę mnie to dziwiło.
- Co ma do tego mój wiek?
- Jesteś taki młody.
- I od czterech lat
dorosły! Czasem zachowujesz się jakbyś była moją nauczycielką, a ja uczniem.
Nie uwodzisz nastolatka! To TYLKO trzy lata różnicy między nami, nie trzynaście,
czy trzydzieści.
- Wiem.
Ale gdy On będzie mieć dwadzieścia trzy
lata będzie po dwudziestce, a ja wtedy będę mieć dwadzieścia sześć i będę
dobijać do trzydziestki.
- Jesteś pewny?
Zdecydowany?
- Jestem! Niestety ty nie
bardzo. – posmutniał.
- Chcę ślubu! Chcę ciebie
za męża!
- Nie rób nic wbrew sobie.
Nie przejmuj się jak przyjmę ewentualną odmowę.
- Jeśli oświadczysz mi się
– jak należy pomyślałam – powiem „tak”.
Był pierścionek zaręczynowy. Szybko odbył
się ślub (bez matki Krystiana). W urzędzie stanu cywilnego babka powiedziała,
że trzeba odczekać miesiąc. Skorzystaliśmy z pierwszego, wolnego terminu. Nie
potrzebny był nam konsultant ślubny.
Nigdy nie marzyłam o
białej sukni i ślubie kościelnym, jechaniu limuzyną, czy dorożką, wypuszczanych
gołębiach, albo motylach oraz o weselu dla stu osób. Nie rozumiem ludzi, którzy
mają tyle do załatwienia przed ślubem, że czekają rok lub dwa lata. A to na
wymarzoną salę, czy wymarzony lokal, a to na ulubiony zespół, żeby zagrał
podczas wesela. Ludzie wydają majątek, zadłużają się. I po co? Na pokaz?
Ktoś powie, że to było
tylko podpisanie papierka, a potem poczęstunek dla kilku gości. Nam to
odpowiadało. Nie chcieliśmy robić szopki.
Załatwiliśmy sprawę w 20,
może 30 minut zamiast marznąc w kościele godzinę, albo i nawet półtorej. Nie
lubię być w centrum zainteresowania i gapienia się ludzi na mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz