wtorek, 10 września 2019

Fragment 19.

     Dziecko… Mogę być ojcem. Przed Nią byłem z taką jedną. Kuzynka i jej psiapsiółka nie miały z kim iść na studniówkę. Jakub poszedł z moją kuzynką, ja z jej kumpelą. Tak poznałem rok starszą ode mnie Amandę. W czasie balu fajnie się bawiliśmy, lecz po nie utrzymywaliśmy kontaktu. Do czasu aż nagle znowu spotkaliśmy się, bo Amanda miała dla mnie i dla Jakuba zdjęcia ze studniówki.
To był tylko i wyłącznie seks. Nic więcej. Amanda nigdy nie miała dość. Chciała zawsze i wszędzie. Dzwoniła i spotykaliśmy się, albo czekała na mnie pod szkołą. Wagarowałem, nie chodziłem na fakultety przygotowujące do matury, nie miałem czasu na naukę. Chodziliśmy do kina, na imprezy, jeździliśmy pod namiot. Przez te amory doprowadzałem rodziców do szału i nie zdałem matury.
Na szczęście jakoś skończyłem szkołę średnią. Ale niezdana matura to był kubeł zimnej wody. To był impuls by wydorośleć. Nie podwinęła mi się noga, po prostu nie zaliczyłem dwóch egzaminów. Nie miałem szans próbować w wakacje. Mogłem dopiero za rok ponownie przystąpić do matury.
Po jakimś czasie przestało nam – mnie i Amandzie - się układać. Każde poszło w swoja stronę. Nie wiem co u niej. Może kiedyś okaże się, że urodziła mojego syna, czy córkę. Matki umierają i wtedy dzieci szukają swoich ojców, albo gdy potrzebny przeszczep rodzinny. W życiu różnie bywa.
Nie powiedziałem Sarze czego szukałem w necie, bo sprawdzałem, czy na facebooku, czy naszej klasie jest ta moja była. Znalazłem ją. Ma dziecko. To mały chłopiec. Patryk. Mój? Nie mój? Może powinienem skontaktować się z nią i dowiedzieć się. I co potem jeśli okazałoby się, że odchodząc była w ciąży? Jakby co wypadałoby chociaż alimenty płacić. To byłaby jedna z pozycji, co miesiąc do zapłacenia, między opłatami za prąd, wodę, czynsz?
Jeśli to rzeczywiście moje dziecko?
Na pewno Sara pomyślała, że może chodzić – jak to piszą na forach – o „s” (samobójstwo).
**********
- Czy twój pobyt w szpitalu miał coś wspólnego z ciążą? – spytał Krystian.
- Nie ma to jak wujek gogle i ciocia wikipedia. A co, nie chciałbyś zostać tatusiem. – to nie było pytanie, a stwierdzenie.
- Nie o to chodzi.
- Można powiedzieć, że przyczyną był stan błogosławiony.
- Uwielbiasz nabijać się z tego określenia.
- Jaki on błogosławiony? Kobieta rzyga i wygląda to tak jakby jej organizm chciał się pozbyć płodu. Mnie to się kojarzy z odrzucaniem przeszczepu. A moja znajoma, o swoim nienarodzonym dziecku mówiła „obcy”.
- Urodziła je?
- Tak, ma syna. Pomyślałeś, że poszła na skrobankę? Nie wiem, czy planujesz mieć dzieci, czy nie, ze mną, a może z inną… Nie przerywaj mi, proszę. Ale ja nie chcę dzieci. Jesteśmy za młodzi by zostać rodzicami. Życie przed nami, studia, praca, może kariera, dorabianie się. Nie marzę o powiększeniu rodziny!
- Teraz, czy nigdy?
- Nie za dużo tych pytań? Jednego jestem pewna, że teraz to na pewno nie chciałabym zostać mamusią.
- Powiedziałaś, że „można powiedzieć, że przyczyną był stan błogosławiony”. Byłaś w ciąży?
- Na to wychodzi.
- Spodziewałaś się dziecka. – głośno myślał.
- Ale już po sprawie. Poroniłam.
Teraz to On wyszedł z pokoju. Wyglądał jakby dostał obuchem w głowę.
Po chwili wrócił.
- Znowu masz minę której nie lubię. Nie wróży ona nic dobrego. – powiedziałam.
- Że niby jaką?
- Coś cię zdenerwowało?
- Nie! – odburknął. - Jak mogłaś powiedzieć, że: „już po sprawie”?
- Poroniłam, nie urodzę tego dziecka.
Robił wielkie oczy. Jakby słuchał tego co powiedziałam z niedowierzaniem.
- To był początek ciąży. Nawet nie miałam pojęcia o niej. Nie było żadnych objawów, typu na przykład wymioty. Nie rozpaczałam. Nie każda kobieta marzy o macierzyństwie. Dobrze się stało, że poroniłam.
Znowu był zaskoczony. 
- Chwila. Czyżbyś podejrzewał, że zrobiłam coś by tak się stało?
Zamurowało mnie.
- Ty naprawdę pomyślałeś, że pozbyłam się tego dziecka? Jak mogłeś?!
Był zakłopotany. Nie wiedział co zrobić, co powiedzieć.
- Może jeszcze zastanawiałeś się, czy ono było twoje?
Wyglądał jakbym przyłapała Go na czymś strasznym. Miał minę oznaczającą, że wolałabym nie usłyszeć odpowiedzi
- Pomyślałeś, że cię zdradziłam. Pięknie! Brałeś pod uwagę i jedno i drugie, celowe doprowadzenie do poronienia i moją niewierność. Nie wierzę. To jakiś koszmar!
- To nie tak jak myślisz.
     Dałam Mu w twarz. Ten tekst działa na mnie jak płachta na byka. Uprzedzałam Go, że tak zrobię. Mówiłam Mu to, gdy np. w telewizji ktoś wygłosił ten znienawidzony przez mnie tekst. Dla mnie oznacza on robienie z kogoś idioty.
- Może teraz tak mówię, bo co mam mówić? Mam rozpaczać? Skąd wiesz, że nie robiłam tego? Nie pomyślałeś, że mogłam naprawdę pragnąć tego dziecka? Bo było twoje! Nie przyszło ci do głowy, że poroniłam przez wizyty twojej mamuśki. Żyłam w wielkim stresie. Przez nią! Znowu ja jestem ta zła.
Podszedł w moją stronę. Cofnęłam się i wysyczałam wściekła na niego:
- Nie dotykaj mnie! Nie odzywaj się do mnie i najlepiej zejdź mi z oczu, bo nie mogę na ciebie patrzeć!
Miał ochotę wyjść. Już był w przedpokoju, sięgał po kurtkę, ale zawahał się.
- Idź. Nie polecę za tobą, żeby cię kontrolować i sprawdzać, czy nie wpadłeś na jakiś głupi pomysł!
Nadal stał. Był między młotem, a kowadłem.
- Nie spakuję się i nie ucieknę.
     Chociaż miałam wielką ochotę to zrobić. Może nie spakować się, ale dłużej pobyć sama, tak długo jakbym tego potrzebowała.
Chyba chciał wiedzieć, że nie spakuję się i nie ucieknę byle dalej od niego. Usłyszał co chciał usłyszeć i wyszedł.
Pojechał motorem. Słyszałam jak ruszył z piskiem opon.
Jemu te przejażdżki dobrze robiły, na mnie działały jak płachta na byka. Rzuciłam kubkiem. Potłukł się. Na szczęście był pusty. Posprzątałam szybko ze względu na Filona.
Ryczałam tak długo, że aż zabrakło mi łez.
Nie wiem ile Go nie było. Chyba wystarczająco długo nie wracał, bo zdążyłam ciut ochłonąć.

     Wrócił odmieniony. Nie był smutny, przybity. Wręcz przeciwnie. Uśmiechnięty. Coś knuł. Albo był pod wpływem czegoś poprawiającego nastrój. Też poproszę.
- Przepraszam! Nie kupiłem kwiatów, bo nie przyjęłabyś ich z myślą o bezpieczeństwie Filona. Ale mam coś innego.
- Mam dosyć niespodzianek. – powiedziałam to takim tonem, żeby odebrał to jako „spadaj!”.
- Ta jest miła, fajna. Jestem pewien, że ci się spodoba i sprawi radość. – ekscytował się Krystian.
- Wątpię.
- Rozmawialiśmy, że przydałby nam się wyjazd. Odpoczynek, zmiana otoczenia, bycie tylko we dwoje. A więc wyjeżdżamy. Bierzemy kota i w drogę.
- Gdzie? Kiedy?
- To niespodzianka.
- Mam nadzieję, że nie polecimy samolotem.
- Wiem, że nie dałabyś zamknąć Filona w luku bagażowym.
- I pod namiot też nie jedziemy?
- Nie będzie żadnych robaków, które mogłyby ci wejść do nosa, albo do ucha. Łazienka, brak telewizora, łono natury. Tak jak lubisz.
- Może lepiej Filona zostawić u sąsiadki? – zaproponowałam.
- Noo. Nudziłby się podczas, gdy my będziemy zwiedzać.
- Naprawdę wszystko zaplanowałeś?
- Tak. Możemy jechać w każdej chwili. Pakujemy się i w drogę.
**********
     Pojechaliśmy do domku, który należał do Jakuba. Odziedziczył go po śmierci ojca. Teraz udostępnił go nam – Krystianowi i mnie. Las i jezioro. Było cudownie!!! Potrzebowaliśmy tego 😊. Spokój, cisza, zero wtrącających się ludzi, lasy, grzybobrania, pikniki, rowery, wycieczki, żaglówka, oglądanie wschodów i zachodów słońca oraz gwiazd, spacery, kąpiele w jeziorze i my dwoje. Aż nie chciało się wracać.
**********
- Co myślisz o ślubie? – zapytał mnie Krystian.
- A ty? – potrzebowałam chwili do namysłu.
- Ułatwia życie, a nasze było ostatnio zbyt skomplikowane by nie rozważać zmian.
- Gdyby nie twoja zgoda nie wpuszczaliby mnie do ciebie, gdy byłeś w szpitalu. I nie miałabym pojęcia o twoim stanie, bo nikt by ze mną nie gadał.
- Po ślubie to by się zmieniło. Bylibyśmy małżeństwem, rodziną.
- Już nie byłoby krępujących sytuacji na poczcie typu: „a kim pani jest dla tego pana?”.
- Mogłabyś odbierać paczki, listy polecone i nie musiałabyś mówić, że jesteś konkubiną.
- Nienawidzę tego słowa!
- Żona brzmi zdecydowanie lepiej. – kusił.
- Chciałbyś tego?
- Tak, a ty?
- Myślisz o małżeństwie mając zaledwie 22 lata? – naprawdę mnie to dziwiło.
- Co ma do tego mój wiek?
- Jesteś taki młody.
- I od czterech lat dorosły! Czasem zachowujesz się jakbyś była moją nauczycielką, a ja uczniem. Nie uwodzisz nastolatka! To TYLKO trzy lata różnicy między nami, nie trzynaście, czy trzydzieści.
- Wiem.
     Ale gdy On będzie mieć dwadzieścia trzy lata będzie po dwudziestce, a ja wtedy będę mieć dwadzieścia sześć i będę dobijać do trzydziestki.
- Jesteś pewny? Zdecydowany?
- Jestem! Niestety ty nie bardzo. – posmutniał.
- Chcę ślubu! Chcę ciebie za męża!
- Nie rób nic wbrew sobie. Nie przejmuj się jak przyjmę ewentualną odmowę.
- Jeśli oświadczysz mi się – jak należy pomyślałam – powiem „tak”.
     Był pierścionek zaręczynowy. Szybko odbył się ślub (bez matki Krystiana). W urzędzie stanu cywilnego babka powiedziała, że trzeba odczekać miesiąc. Skorzystaliśmy z pierwszego, wolnego terminu. Nie potrzebny był nam konsultant ślubny.
Nigdy nie marzyłam o białej sukni i ślubie kościelnym, jechaniu limuzyną, czy dorożką, wypuszczanych gołębiach, albo motylach oraz o weselu dla stu osób. Nie rozumiem ludzi, którzy mają tyle do załatwienia przed ślubem, że czekają rok lub dwa lata. A to na wymarzoną salę, czy wymarzony lokal, a to na ulubiony zespół, żeby zagrał podczas wesela. Ludzie wydają majątek, zadłużają się. I po co? Na pokaz?
Ktoś powie, że to było tylko podpisanie papierka, a potem poczęstunek dla kilku gości. Nam to odpowiadało. Nie chcieliśmy robić szopki.

Załatwiliśmy sprawę w 20, może 30 minut zamiast marznąc w kościele godzinę, albo i nawet półtorej. Nie lubię być w centrum zainteresowania i gapienia się ludzi na mnie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz