Po nastu latach małżeństwa nasze drogi
rozeszły się. Wróciłam do Włoch. Zamieszkałam tam i podjęłam pracę. Krystian
został w Polsce. Nie wyobrażał sobie życia w obcym kraju. I pewnie bez pracy (u
ojca). Mój mąż był pracoholikiem. Wracał do domu wiecznie zmęczony i głównie
spać. Wszystko było na mojej głowie: spawy urzędowe, opłacanie rachunków,
wzywanie i pilnowanie fachowców. Dzieci sprawiały kłopoty. Gdy „zapraszano” do
szkoły z tego powodu Krystian nie miał czasu by spotykać się z nauczycielami.
Chciał bym ja to załatwiała. Nie liczył się z moją pracą (uczyłam włoskiego w
szkole języków obcych), z planami jakie miałam. Jakby moje spotkania, nawet
zawodowe, były mniej ważne niż jego. Myślał, oczekiwał, że wszystko rzucę i
pognam słuchać co znowu zmajstrował (jego syn) Patryk, czy jego
siostrunia. To było trudne. Świeciłam
oczami za Ingę, dla której byłam obcą osobą. Niewiele o niej wiedziałam. Nie
zwierzała mi się, nie opowiadała co u niej, o swoich sprawach i problemach.
Jeśli miała chłopaka to ja nic na ten temat nie wiedziałam. No chyba, że Patryk
nabijał się z siostry, dokuczał jej z tego powodu, wtedy coś tam słyszałam.
**********
Krystian
płacił pani Basi, która przychodziła sprzątać, gotować. Powiedziałam Mu, że mam
dosyć, bo On i dzieci nic nie robili. Wtedy wymyślił sobie kogoś w rodzaju
gosposi. Jego przyjaciel Jakub i jego rodzina korzystali z pomocy kobiety,
która wpadała do nich codziennie, na kilka godzin. Robiła to, co należało do
jej obowiązków, za co jej płacono i wracała do swojego domu. Pani Basia
przychodziła do nas w poniedziałki, środy, piątki i soboty. Odkurzała, dbała o
sanitariaty, robiła zakupy, gotowała dwa obiady, jeden na dany dzień, drugi na
następny, żebyśmy tylko sobie odgrzali. To wszystko były pomysły
Krystiana.
Pranie każdy robił sam. W pokojach stały kosze na brudne
rzeczy. Czyj zapełnił się, ten prał swoje rzeczy. Obca kobieta nie powinna
zajmować się naszymi rzeczami osobistymi. Niedopuszczalne by pani Basia
rozwieszała nasze majtki.
Gdy zrezygnowała z pracy u nas jej miejsce miał zająć
ktoś inny. Nie zgodziłam się. Nie byliśmy niedołężnymi staruszkami. Mieszkanie
było duże, ale mieszkały w nim cztery osoby. Spokojnie mogliśmy sobie radzić
bez cudzej pomocy. Poza tym nie lubiłam, gdy ktoś obcy kręcił się po
mieszkaniu. Dziwnie obijać się, gdy ktoś z zewnątrz sprząta (za mnie, moje
mieszkanie).
- Czego ty ich uczysz? – zapytałam Krystiana. Miałam na
myśli Patryka i Ingę. – Cwaniactwa? Mają olewać obowiązki? Zwalać je na innych?
Płacić by ktoś zrobił coś za nich? Mają iść na łatwiznę?
- Chodzi o zwykłą zaradność.
- Ja bym tak tego nie nazwała.
- Jak zwykle widzisz problem tam, gdzie go nie ma. Robisz
z igły widły. Tego chcesz ich uczyć?
- Zamiast kazać tym dwóm leniom ruszyć dupy i wziąć się
do roboty masz zamiar znowu płacić jakiejś obcej kobiecie? Patryk i Inga udają,
że chodzą do szkoły. Udają, że się uczą co widać po ich słabych ocenach. Korony
im z głów nie spadną jeśli poodkurzają, zrobią zakupy, posprzątają w swoich
pokojach.
Zamknęłam się
z mężem w jego „gabinecie” i powiedziałam:
- Chcesz, żeby odrabianie lekcji, prace domowe, pisanie
wypracowań też zwalali na kogoś innego? Chciałbyś, żeby komuś za to płacili?
- Oczywiście, że nie!
- Zwaliłeś na mnie zajmowanie się nimi, świecenie za nich
oczami, więc jeśli tak ma pozostać to nie wtrącaj się. No chyba, że sam chcesz
wziąć się za ich wychowanie, chodzić do szkoły i wysłuchiwać…
- Nie mam na to czasu!
- Tak myślałam.
Wyszłam z
pokoju i zawołałam: „Małolaty !”. Gdy oboje (niezbyt chętnie, ociągając
się) przyszli powiedziałam:
- Jesteście młodzi, zdrowi, w pełni sprawni dlatego co
sobota będziecie odkurzać i dbać o sanitariat. Możecie robić to na zmianę, albo
podzielić mieszkanie, prace między sobą. Jak się dogadacie wasza sprawa, ale co
tydzień ma być odkurzone oraz czysto w łazience.
- A jeśli nie? – zapytała Inga.
- Już kombinujesz. Widzisz Krystian czego ich nauczyłeś?
– krzyknęłam do męża siedzącego w swoim „gabinecie” - Jeżeli w poniedziałek
okaże się, że w sobotę nie było zrobione to, co przed chwilą wymieniłam dzwonię
po panią, która to zrobi, ale za wasze kieszonkowe. Zrozumiano?
Patryk spojrzał na siostrę, a ona na niego. Nie spodobało
im się to, co słyszeli. Ale nie zaprotestowali.
- Od dzisiaj kieszonkowe dostajecie co tydzień, nie raz w
miesiącu. I będę potrącać z niego na przykład za pracę pani, która odwali za
was robotę. Może i za złe oceny? To jeszcze przemyślę. Co do obiadów. Każdy je
co chce i gdzie chce. Ugotujecie – jecie w domu, ok. Zapłacicie za dowóz -
wasza sprawa. Ja proponuję by Krystian nadal jadał w pracy, czy na mieście, jak
do tej pory. A Patryk i Inga albo będą mieć opłacone obiady w szkolnej
stołówce, albo abonament w pobliskim lokalu. Żadnej gotówki do ręki nie
dostaniecie. Macie codziennie jeść obiady, a nie wydawać pieniądze na coś
innego. Jakieś pytania?
Nie było żadnych.
Od tego dnia wisiała tablica, na której było odnotowane
kto w daną sobotę jest odpowiedzialny za odkurzanie i porządek w łazience.
Młodzież sama tego pilnowała, bo nikt nie chciał dostać mniej kieszonkowego.
Uprzedziłam „dzieci”, że jest jeszcze jedna opcja. Gdy
powiedziałam, że; „Opłacamy gosposię, ale ta mieszka z nami”. Patryk
zaproponował by to była młoda, ładna dziewczyna, na przykład studentka.
Odpowiedziałam, że po pierwsze w tym domu nie będzie kogoś takiego, a po drugie,
żeby gosposia mogła mieszkać z nami w tym celu Patryk i Inga musieliby
zamieszkać w jednym pokoju. Obecnie każde miało swój. Oczywiście nie chcieli
mieć jednego, wspólnego i odechciało im się gosposi. Krystian też na pewno nie
chciałby odstąpić swojego „gabinetu”. I skończył się temat zatrudnienia osoby
do sprzątania, gotowania, itp.
**********
Żyłam życiem mojego męża i (nie moich) dzieci.
Miałam dosyć. Gdy proponowałam na przykład wyjazd gdzieś razem słyszałam, albo
o pracy Krystiana, albo o innych planach „dzieci”. Mąż pracował, Patryk i Inga
jeździli w weekendy, ferie, wakacje do rodziny swojej zmarłej (biologicznej)
matki, ja zaś zostawałam sama, zdana tylko na siebie. Krystian oboje tam
zawoził, zostawiał i potem odbierał, przywoził do „domu”.
Uprzedzałam całą trójkę, że zostawię ich
samych sobie. Nie potraktowali tego poważnie, nic nie zmieniło się. W końcu
powiedziałam, że skoro mnie nie szanują to niech radzą sobie sami. Wykorzystałam urlop i pojechałam na dłużej do
Włoch, do ojca. Sama, bez nich. Wtedy już rozglądałam się za domem, pracą.
Powiedziałam Krystianowi, że Tobiasz
przyjeżdża do Polski i spędzi u nas dzień lub dwa. Nie ruszyło go to. Kiedyś
byłby chociaż zazdrosny. Już to świadczyło, że zmienił się. Nie zależało Mu na
mnie. Najwidoczniej odkochał się, tak jak i ja. Oddaliliśmy się od siebie. Jak
kiedyś byłam zrozpaczona wyobrażając sobie inną u boku Krystiana, tak teraz nie
chciałam dłużej być Jego żoną. Na jedno
Jego dziecko (Patryka) wyraziłam zgodę, na dwójkę nieswoich dzieci nie.
Starałam się obojgu zastępować matkę, ale nie doceniali tego. Zwłaszcza Inga,
jako nastolatka, przysparzała problemów wychowawczych. Uprzykrzała życie jak
tylko mogła. Robiła nam to na złość. Pewnie myślała, że będziemy chcieli pozbyć
się takiego problemu i odeślemy ją do rodziny Amandy. Krystian nie użerał się z
nią, bo przesiadywał w pracy. Wracał, czasem coś zjadł, czasem nie, szybki
prysznic i szedł spać. Albo przesiadywał w swoim (domowym) gabinecie i
pracował. Nie miał czasu pogadać, rozwiązywać problemów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz