środa, 25 września 2019

Fragment 23.


    Po nastu latach małżeństwa nasze drogi rozeszły się. Wróciłam do Włoch. Zamieszkałam tam i podjęłam pracę. Krystian został w Polsce. Nie wyobrażał sobie życia w obcym kraju. I pewnie bez pracy (u ojca). Mój mąż był pracoholikiem. Wracał do domu wiecznie zmęczony i głównie spać. Wszystko było na mojej głowie: spawy urzędowe, opłacanie rachunków, wzywanie i pilnowanie fachowców. Dzieci sprawiały kłopoty. Gdy „zapraszano” do szkoły z tego powodu Krystian nie miał czasu by spotykać się z nauczycielami. Chciał bym ja to załatwiała. Nie liczył się z moją pracą (uczyłam włoskiego w szkole języków obcych), z planami jakie miałam. Jakby moje spotkania, nawet zawodowe, były mniej ważne niż jego. Myślał, oczekiwał, że wszystko rzucę i pognam słuchać co znowu zmajstrował (jego syn) Patryk, czy jego siostrunia.  To było trudne. Świeciłam oczami za Ingę, dla której byłam obcą osobą. Niewiele o niej wiedziałam. Nie zwierzała mi się, nie opowiadała co u niej, o swoich sprawach i problemach. Jeśli miała chłopaka to ja nic na ten temat nie wiedziałam. No chyba, że Patryk nabijał się z siostry, dokuczał jej z tego powodu, wtedy coś tam słyszałam.
**********
     Krystian płacił pani Basi, która przychodziła sprzątać, gotować. Powiedziałam Mu, że mam dosyć, bo On i dzieci nic nie robili. Wtedy wymyślił sobie kogoś w rodzaju gosposi. Jego przyjaciel Jakub i jego rodzina korzystali z pomocy kobiety, która wpadała do nich codziennie, na kilka godzin. Robiła to, co należało do jej obowiązków, za co jej płacono i wracała do swojego domu. Pani Basia przychodziła do nas w poniedziałki, środy, piątki i soboty. Odkurzała, dbała o sanitariaty, robiła zakupy, gotowała dwa obiady, jeden na dany dzień, drugi na następny, żebyśmy tylko sobie odgrzali. To wszystko były pomysły Krystiana. 
Pranie każdy robił sam. W pokojach stały kosze na brudne rzeczy. Czyj zapełnił się, ten prał swoje rzeczy. Obca kobieta nie powinna zajmować się naszymi rzeczami osobistymi. Niedopuszczalne by pani Basia rozwieszała nasze majtki.
Gdy zrezygnowała z pracy u nas jej miejsce miał zająć ktoś inny. Nie zgodziłam się. Nie byliśmy niedołężnymi staruszkami. Mieszkanie było duże, ale mieszkały w nim cztery osoby. Spokojnie mogliśmy sobie radzić bez cudzej pomocy. Poza tym nie lubiłam, gdy ktoś obcy kręcił się po mieszkaniu. Dziwnie obijać się, gdy ktoś z zewnątrz sprząta (za mnie, moje mieszkanie).

- Czego ty ich uczysz? – zapytałam Krystiana. Miałam na myśli Patryka i Ingę. – Cwaniactwa? Mają olewać obowiązki? Zwalać je na innych? Płacić by ktoś zrobił coś za nich? Mają iść na łatwiznę?
- Chodzi o zwykłą zaradność.
- Ja bym tak tego nie nazwała.
- Jak zwykle widzisz problem tam, gdzie go nie ma. Robisz z igły widły. Tego chcesz ich uczyć?
- Zamiast kazać tym dwóm leniom ruszyć dupy i wziąć się do roboty masz zamiar znowu płacić jakiejś obcej kobiecie? Patryk i Inga udają, że chodzą do szkoły. Udają, że się uczą co widać po ich słabych ocenach. Korony im z głów nie spadną jeśli poodkurzają, zrobią zakupy, posprzątają w swoich pokojach.

     Zamknęłam się z mężem w jego „gabinecie” i powiedziałam:
- Chcesz, żeby odrabianie lekcji, prace domowe, pisanie wypracowań też zwalali na kogoś innego? Chciałbyś, żeby komuś za to płacili?
- Oczywiście, że nie!
- Zwaliłeś na mnie zajmowanie się nimi, świecenie za nich oczami, więc jeśli tak ma pozostać to nie wtrącaj się. No chyba, że sam chcesz wziąć się za ich wychowanie, chodzić do szkoły i wysłuchiwać…
- Nie mam na to czasu!
- Tak myślałam.

     Wyszłam z pokoju i zawołałam: „Małolaty !”. Gdy oboje (niezbyt chętnie, ociągając się)  przyszli powiedziałam:
- Jesteście młodzi, zdrowi, w pełni sprawni dlatego co sobota będziecie odkurzać i dbać o sanitariat. Możecie robić to na zmianę, albo podzielić mieszkanie, prace między sobą. Jak się dogadacie wasza sprawa, ale co tydzień ma być odkurzone oraz czysto w łazience.
- A jeśli nie? – zapytała Inga.
- Już kombinujesz. Widzisz Krystian czego ich nauczyłeś? – krzyknęłam do męża siedzącego w swoim „gabinecie” - Jeżeli w poniedziałek okaże się, że w sobotę nie było zrobione to, co przed chwilą wymieniłam dzwonię po panią, która to zrobi, ale za wasze kieszonkowe. Zrozumiano?
Patryk spojrzał na siostrę, a ona na niego. Nie spodobało im się to, co słyszeli. Ale nie zaprotestowali.
- Od dzisiaj kieszonkowe dostajecie co tydzień, nie raz w miesiącu. I będę potrącać z niego na przykład za pracę pani, która odwali za was robotę. Może i za złe oceny? To jeszcze przemyślę. Co do obiadów. Każdy je co chce i gdzie chce. Ugotujecie – jecie w domu, ok. Zapłacicie za dowóz - wasza sprawa. Ja proponuję by Krystian nadal jadał w pracy, czy na mieście, jak do tej pory. A Patryk i Inga albo będą mieć opłacone obiady w szkolnej stołówce, albo abonament w pobliskim lokalu. Żadnej gotówki do ręki nie dostaniecie. Macie codziennie jeść obiady, a nie wydawać pieniądze na coś innego. Jakieś pytania?
Nie było żadnych.
Od tego dnia wisiała tablica, na której było odnotowane kto w daną sobotę jest odpowiedzialny za odkurzanie i porządek w łazience. Młodzież sama tego pilnowała, bo nikt nie chciał dostać mniej kieszonkowego.
Uprzedziłam „dzieci”, że jest jeszcze jedna opcja. Gdy powiedziałam, że; „Opłacamy gosposię, ale ta mieszka z nami”. Patryk zaproponował by to była młoda, ładna dziewczyna, na przykład studentka. Odpowiedziałam, że po pierwsze w tym domu nie będzie kogoś takiego, a po drugie, żeby gosposia mogła mieszkać z nami w tym celu Patryk i Inga musieliby zamieszkać w jednym pokoju. Obecnie każde miało swój. Oczywiście nie chcieli mieć jednego, wspólnego i odechciało im się gosposi. Krystian też na pewno nie chciałby odstąpić swojego „gabinetu”. I skończył się temat zatrudnienia osoby do sprzątania, gotowania, itp.
**********
     Żyłam życiem mojego męża i (nie moich) dzieci. Miałam dosyć. Gdy proponowałam na przykład wyjazd gdzieś razem słyszałam, albo o pracy Krystiana, albo o innych planach „dzieci”. Mąż pracował, Patryk i Inga jeździli w weekendy, ferie, wakacje do rodziny swojej zmarłej (biologicznej) matki, ja zaś zostawałam sama, zdana tylko na siebie. Krystian oboje tam zawoził, zostawiał i potem odbierał, przywoził do „domu”.
     Uprzedzałam całą trójkę, że zostawię ich samych sobie. Nie potraktowali tego poważnie, nic nie zmieniło się. W końcu powiedziałam, że skoro mnie nie szanują to niech radzą sobie sami.  Wykorzystałam urlop i pojechałam na dłużej do Włoch, do ojca. Sama, bez nich. Wtedy już rozglądałam się za domem, pracą.
     Powiedziałam Krystianowi, że Tobiasz przyjeżdża do Polski i spędzi u nas dzień lub dwa. Nie ruszyło go to. Kiedyś byłby chociaż zazdrosny. Już to świadczyło, że zmienił się. Nie zależało Mu na mnie. Najwidoczniej odkochał się, tak jak i ja. Oddaliliśmy się od siebie. Jak kiedyś byłam zrozpaczona wyobrażając sobie inną u boku Krystiana, tak teraz nie chciałam dłużej być Jego żoną.  Na jedno Jego dziecko (Patryka) wyraziłam zgodę, na dwójkę nieswoich dzieci nie. Starałam się obojgu zastępować matkę, ale nie doceniali tego. Zwłaszcza Inga, jako nastolatka, przysparzała problemów wychowawczych. Uprzykrzała życie jak tylko mogła. Robiła nam to na złość. Pewnie myślała, że będziemy chcieli pozbyć się takiego problemu i odeślemy ją do rodziny Amandy. Krystian nie użerał się z nią, bo przesiadywał w pracy. Wracał, czasem coś zjadł, czasem nie, szybki prysznic i szedł spać. Albo przesiadywał w swoim (domowym) gabinecie i pracował. Nie miał czasu pogadać, rozwiązywać problemów.

piątek, 20 września 2019

Fragment 22.

- Rano, a ty już na fejsie? – zdziwiła się Leti – Od kiedy, jak ja zaczynasz dzień od internetu?
- Od dzisiaj.
- Pogadamy na skypie?
- Ale ja jeszcze nie wstałam z łóżka. Chyba dopadła mnie jesienna depresja.
- Myślę, że chodzi o coś innego, poważniejszego.    
- Najchętniej spędziłabym cały dzień w łóżku. Nie mam ochoty by wstać.   
- Mogłabyś, ale nie wytrzymasz.
- Cała moja kochana rodzinka jest w domu, ale mają mnie gdzieś. Zamknęłam drzwi by ich nie oglądać, nie słyszeć.
- Dlatego w taki ironiczny sposób wypowiedziałaś słowa „kochana rodzinka” i „domu”.
- Jedli śniadanie. Inga spojrzała w stronę sypialni, czyli mojego pokoju i zapytała: „a jej co?”. Odpowiedz: „zapytaj”. Nikt nie spytał, czy dobrze się czuję, czy nie jestem chora.
- Tarot podpowiada, że powinnaś zwolnić tempo życia lub zrezygnować z pewnych obowiązków. Twoja głowa i organizm są przeciążone. Ostrzega przed odczuwaniem wielkiej niechęci do dalszego działania i rozważania nowych możliwości. To szlachetne i wspaniałomyślne wyręczać innych, pomagać im, ale co z twoim życiem? Są sprawy, które należy niezwłocznie załatwić. Koniec z wymówkami typu: brak czasu lub chęci. Czas by je załatwić.
- Aż otworzyłam usta ze zdumienia. To naprawdę o mnie. Zastanawiałam się wczoraj nad rozwodem i że domownicy wykorzystują mnie. Marzę o powrocie do Włoch. Pragnę szacunku, doceniania. Tu jestem ignorowana i taka samotna mimo, że nie jestem w domu sama.

- Wstań, zjedz śniadanie, idź na spacer albo jedz na wycieczkę, na łono natury. Odwiedź Bruna.
- Nie będę zawracać mu głowy. Wystarczająco często znosił mnie, gdy jeździłam do niego i do moich kotów. Był kochany, że je wziął po tym jak okazało się, że Inga jest alergiczką.

Zadzwonił mój telefon.
- Słucham? – zapytałam.
- Wstałaś? Ubrana?
- Tak. – odpowiedziałam.
- Śniadanie jadłaś?
- Jeszcze nie.
- To schodź na dół. Porywam cię.
- Teraz?
- Czekam na ciebie na dole.
Wyjrzałam przez okno.
- Wziąłeś rowery?
- Może się przydadzą, może nie. Zabrałem też twój strój do jazdy. Jakby co mam i ten na rower i ten na konie. Mam stroje kąpielowe, gdyby naszła nas ochota by iść na kryty basen.
- Pomyślałeś o wszystkim.
     Bruno przywiózł gotowe buły z serem, jajkiem sadzonym i plasterkami bekonu. Ponoć rano, do 10.30, w Mc Donaldzie dodają je gratis do kawy i herbaty. Zjedliśmy i wypiliśmy w jego samochodzie.
- Nie masz nic przeciwko okruszkom?
- To samochód, nie muzeum. Myślisz, że już się napatrzył?
- Kto? Krystian? Mówisz o patrzeniu przez okno?
- Tak Sherlocku.
- Nie sądzę by był zainteresowany tym, że z kimś wyszłam.
- I tu się mylisz. Gdy rozmawialiśmy przez telefon już wyjrzał.
- Specjalnie nie przyjechałeś porsche, które zna, tylko tym sportowym mercedesem i dlatego jeszcze nie odjechaliśmy?
- Trochę zazdrości dobrze mu zrobi.
- On już nie bywa zazdrosny. Mam wrażenie, że odtrąca mnie jak ja kiedyś Jego. Może to zemsta za tamto. Chce mi pokazać jak to jest, ale nie wiem dlaczego akurat teraz to robi. Myślę, że nie mam co Go o to pytać, bo i tak mi nie odpowie. Tak samo jak ja wtedy milczałam, zbywałam Krystiana, ignorowałam, unikałam. Pytał dlaczego odeszłam, a ja zachowywałam się jakby był mi obojętny chociaż kochałam Go.
- I co ja mam ci powiedzieć? – zapytał Bruno.
- Nic. Lepiej mi, że wyrzuciłam to z siebie.
- Zjedliśmy, napiliśmy się, możemy jechać.
     Byliśmy na wycieczce. W restauracjo – kawiarni, obok pięknego zamko – pałacu zjedliśmy po dwa kawałki szarlotki na ciepło. Jeden z lodami, drugi z bitą śmietaną. Pospacerowaliśmy po pięknym, zadbanym parku. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, pstryknęliśmy kilka zdjęć. Na łonie natury Bruno puścił mp3.
- Znasz? „Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda. Świat jest piękny, czy to znasz? Otwórz oczy,  patrz, otwórz oczy, patrz.”
- Gdzieś, kiedyś to słyszałam. Ale tutaj, teraz brzmi zupełnie inaczej, nabiera nowego znaczenia.
Był obiad w restauracji i kino.
- Nocujesz u mnie? – zapytał Bruno.
- Nie, wracam do siebie, chociaż niezbyt mam na to ochotę. Nikt tam na mnie nie czeka.
- Niechętnie cię tam odwożę. Może jutro grill?
- Czemu nie.
- Jak będzie ładna pogoda to w ogrodzie, a jeśli brzydka to użyję elektrycznego. Przyjadę po ciebie. Mercedesem, czy innym?
- Jesteś okropny! Dziękuję, że mi pomagasz! I za wycieczkę. I poprawienie humoru.
- Cała przyjemność po mojej stronie. A, mam jeszcze jedną propozycję. Pójdziemy na kurs tańca?
- Po co?
- Żeby poruszać się, dobrze bawić, oderwać od rutyny, szarości codzienności nauczyć się tańczyć, no i z myślą o balu sylwestrowym, albo karnawałowym. Co ty na to?
- Przemyślę to.

     Po powrocie do „domu” zadzwoniłam do Leti. Powiedziałam: „Dziękuję! Tego było mi trzeba. Świetnie się bawiłam. Było wspaniale.”

Fragment 21.


     Patryk (w wieku jedenastu lat) nie wiadomo skąd i od kogo „dowiedział się”, że Jego (młodsza o trzy lata) siostra żyje. Oznajmił nam to. Byliśmy w szoku. Chciał wiedzieć co z nią. Jaka jest prawda – żyje, czy nie.
- Nie mogę tu sobie żyć w najlepsze, gdy z nią, z moją siostrą, nie wiadomo co się dzieje.
- Młody! – powiedział do syna Krystian. – Ona nie żyje! U-ma-rła!
- Skąd ta pewność?
- Tak powiedzieli w szpitalu, w którym ona urodziła się. – wyjaśnił mu ojciec.
- Ale mogli skłamać. – zasugerował Patryk.
- Po co mieliby zrobić coś takiego? – spytałam.
- Nie wiem, ale chcę wiedzieć jak jest. Proszę tato! Dowiedz się. Będę grzeczny, będę sprzątać swój pokój i wynosić śmiecie.
- I bez tego powinieneś robić to wszystko.
- Zrobię co chcesz tylko dowiedz się. Plis! – nalegał Młody.
- Idź odrobić lekcje. – chciałam by Patryk już przestał męczyć Krystiana. Jeszcze tego brakowało by miał problemy w szkole z powodów, którymi dobijał nas od pewnego czasu.
- A mówią, że małe dzieci to mały kłopot… - powiedział do mnie mężuś.
Ugryzłam się w język i nie powiedziałam, że (ponoć) duże dzieci to duży kłopot. To było dopiero przed nami.
**********
- Dlaczego nic nie robicie, żeby moja siostra znalazła się i zamieszkała z nami? – kolejnego dnia Młody znowu powrócił do tematu.
- Skąd ten pomysł, że ona żyje? – spytał Patryka Krystian.
- Mojego kolegi kuzyn chodzi do innej szkoły. Chodziła z nim do klasy dziewczynka, ale przestała. I on, jak mnie zobaczył, powiedział, że była bardzo podobna do mnie.
- To o niczym nie świadczy.
- Traktujesz mnie jak dziecko! – powiedział Młody i poszedł do swojego pokoju. Mówi tak, gdy brakuje mu argumentów i nie wie jak kontynuować rozmowę z dorosłymi.
- Kiedy to się skończy? – zapytałam męża.
- Skąd mam to wiedzieć? Nie jestem jakąś pieprzoną wróżką! Nie mam szklanej kuli, nie wróżę z fusów.
- Nie było tematu. – miałam zamiar iść do kuchni zrobić kolację.
- Sara przepraszam! Sajgon w pracy. Wracam do domu, a tu znowu temat jego siostry.
- Rozumiem.
- Co o tym wszystkim myślisz? – spytał mnie.
- Może coś w tym jest. Może ona żyje? Wiem, że raczej nie, ale nie jest to takie całkiem niemożliwe.
- Myślisz, że Młody może mieć rację?
- Hipotetycznie, tak. Twoja eks, Amanda, zostawiła dla ciebie list dotyczący Patryka. Dlaczego młoda kobieta, tak na wszelki wypadek, informowała cię i to listownie, o tym że jesteś ojcem jej dziecka? Powinna spotkać się z tobą, pogadać, powiedzieć o Patryku. Może bała się tego mężczyzny, może był zazdrosny, kontrolował ją?
- Nie wiemy nic o niej, o jej życiu, o facecie, który był ojcem jej córeczki.
- No właśnie.
- Trzeba podrążyć, temat. – powiedział Krystian.
Bałam się, że możemy żałować tej decyzji. Miałam złe przeczucia.
**********
- Cześć Jakub! Znasz może kogoś w szpitalu, w którym urodził się Patryk? – Krystian zadzwonił do swojego przyjaciela.
- Potrzebny jakiś specjalista? Znajomy lekarz? Jeśli będę w stanie pomóc, wiesz, że to zrobię.
- Dzięki!
- Jeszcze nie ma za co dziękować.
- Młody coś sobie ubzdurał i nas zadręcza. Chce byśmy ustalili, czy jego siostra naprawdę nie żyje.
- Skąd, nagle, wzięło mu się coś takiego? – chciał wiedzieć Jakub.
- Ktoś powiedział dzieciakowi, że jest bardzo podobny do pewnej dziewczynki i Patryk nie odpuszcza. Wcześniej coś mówił na ten temat. I dzisiaj znowu zaczął.
- Zobaczę co da się zrobić. Może coś ustalę. Dam ci znać.
**********
- Widziałem ją! – powiedział Patryk zaraz po wejściu do domu. Był przejęty, podekscytowany.
- Kogo? – zapytałam.
- No ją, tę dziewczynkę podobną do mnie, tę która może być moją siostrą.
Młody poszedł do kuchni. Po coś do picia, albo do jedzenia.
Jęknęłam, westchnęłam i pomyślałam: „znowu się zaczyna”.
Nie wiedziałam, czy zapytać go o szczegóły, czy milczeć i liczyć na zakończenie tematu.
- Byliśmy z klasą w kinie. Przyszły też dzieci z innych szkół. Patrzyliśmy na siebie, ja na nią i ona na mnie. Chyba pomyślała to, co ja, że jesteśmy rodzeństwem. Muszę zadzwonić do taty i mu to powiedzieć. – wyjaśnił. Bardzo szybko mówił.
- Tata jest w pracy. – chciałam oszczędzić mężusiowi słuchania tego.
- Wiem, ale to bardzo ważne.
Pomyślałam, że Krystian będzie „zachwycony”. Zaczynał mieć dosyć tematu rzekomo żyjącej siostry swojego syna. 
No i Młody zadzwonił by podzielić się z ojcem tymi rewelacjami.
**********
     Krystian, kilka minut później zadzwonił do mnie.
- On nie odpuści. Wykończy nas. Ale jest uparty…
- Ma to po tatusiu. Może powinniśmy mu powiedzieć, że detektywi szukają informacji o jego siostrze, że Inga prawdopodobnie naprawdę żyje? – tak właśnie myślałam.
Może uspokoiłby się, albo wręcz przeciwnie - dopiero by się nakręcił, niecierpliwił. Trudno przewidzieć.
- Nie! Ustaliliśmy, że nie zrobimy tego dopóki nie będzie pewności. Postanowiliśmy, że nie będziemy robić mu nadziei i niech tak pozostanie. Jeśli dziewczynka żyła, ale z jakichś powodów już nie żyje? Chodziła do szkoły i nagle przestała. Bardzo by to przeżył.
- Może zmieniła szkołę? Ludzie przeprowadzają się. Oby detektywi szybko ją znaleźli, bo gotów zrobić coś głupiego.
- To mały chłopiec. Nie zrobi tego co ja wieki temu!
- Nie to miałam na myśli! – nie pomyślałam o samobójstwie – A jeśli wpadnie na pomysł, żeby uciec z domu i na własną rękę jej szukać?
- Sam z siebie nie zrobiłby czegoś takiego. Ma dopiero 11 lat. Nawet tak nie mów, bo usłyszy i podchwyci pomysł.
**********
     Detektywi ustalili, że Amanda (matka Patryka i jego siostry) urodziła nieślubną córkę Ingę. Ojciec dziecka namawiał ją by usunęła ciążę, ale mimo, że bała się go, nie zrobiła tego. Chciała urodzić. Zapewniała, że sama sobie poradzi i bez żadnej pomocy z jego strony wychowa dziecko. Umarła. Ojciec dziewczynki załatwił, że w szpitalu kłamano, iż noworodek nie żyje. Oddał gdzieś, komuś swoją malutką córeczkę. Nie chciał by ktoś dowiedział się, że molestował swoją pracownicę. Nie mógł dopuścić do tego, żeby jego bogata, wpływowa, mająca wielu znanych znajomych żona wiedziała o jego nieślubnym dziecku. Bał się rozwodu. Bez żony był nikim. Straciłby wszystko – dom, pracę, swoje dotychczasowe życie w luksusie. Zostałby bezdomnym i bezrobotnym, bez szans na poprawę swojej sytuacji. Małżonka nie mogła się dowiedzieć o kochance i o dziecku.
     Dziewczynka, po śmierci matki (Amandy), trafiła do pewnej rodziny. Jej „rodzice” bezskutecznie starali się od dłuższego czasu o własne dziecko. I doczekali się. Chłopiec był bardzo chory i niepełnosprawny. Ojciec uciekł, matka została sama z dwójką dzieci. Mnóstwo czasu spędzała w szpitalach, przy synku. Ingą nie miał kto się zajmować dlatego trafiła do domu dziecka.  Tam detektywi odnaleźli dziewczynkę, a my ją adoptowaliśmy.  Trochę to trwało i kosztowało, ale w końcu siostra Patryka zamieszkała z nami. Młody był szczęśliwy. Z tego wszystkiego nie zadawał pytań dotyczących rodziców Ingi. Wiedziałam, że kiedyś to nastąpi. Bałam się tej chwili, gdy trzeba będzie mu powiedzieć, że ona i on mieli tą samą matkę i ja nią nie byłam. Może zaczną się teksty typu: „Nie muszę cię słuchać, bo nie jesteś moją mamą”.

środa, 11 września 2019

Fragment 20.

     Dzieci. Panicznie bałam się choćby myśli o porodzie, tym bardziej, że Amanda – eks dziewczyna Krystiana – umarła rodząc swoje drugie dziecko, córeczkę. Dziewczynka nie przeżyła.
Osierociła małego chłopczyka Patryka. To był synek Krystiana. Miał wtedy 3 latka. Zamieszkał z nami. Patryk nie trafił do domu dziecka, mój mężuś miał upragnione dziecko, ja nie musiałam go urodzić i wszyscy byli szczęśliwi.
Bałam się porodu, Krystian bał się, że mogłabym podzielić los Amandy i nie przeżyć, dlatego mieliśmy tylko Patryka.
Mały Patryś potrzebował matki, więc starałam się jak najlepiej Mu ją zastępować. Szybko zaczął mówić do mnie „mamo”.
Krystian był super mężem i tatą. Pracował u swojego ojca, tak jak i jego brat Natan i przyjaciel Jakub. W weekendy, zaocznie, kontynuował studia.
    Natan wciąż skakał z kwiatka na kwiatka. Jakub miał najpierw jedną żonę, potem drugą i bliźnięta. Tobiasz, podróżował,  pływał po morzach i oceanach. Był oceanografem. Mówił, że pod wodą życie jest piękniejsze, łatwiejsze i mniej skomplikowane niż to na lądzie - życie ludzi. Jego wybór. Poświęcił się swojej pasji. Kto by nie chciał robić tego co lubi, co go kręci i żeby mu jeszcze za to płacono?
     Moja kuzynka znalazła sobie męża za granicą, tam gdzie pracowała i postanowiła nie wracać do Polski. Sprzedała nam swoje mieszkanie. Zaraz pojawiły się siatki w oknach i na balkonie, by koty nie uciekły. Mieliśmy dwa. Filon dobrze zniósł dokocianie - pojawienie się w domu kocicy ze schroniska Fiony.
Mieszkanie, w którym mieszkałam, gdy poznałam Krystiana, wynajmowałam. Czekało na mojego ojca. Wierzyłam, że na emeryturze zechce wrócić i być bliżej rodziny. 
**********
 - Rozmawiałaś z Tobim? – w głosie Krystiana wyraźnie było słychać irytację, niezadowolenie. W jakiś taki ironiczny sposób powiedział imię mojego eks.
- Podsłuchiwałeś? – zapytałam.
- Chciałabyś, żebym przy tobie rozmawiał z moja byłą? I to w obcym języku?
- A ja myślałam, że ona nie żyje. No tak pewnie było ich więcej. Jesteś ostatnią osobą, która ma prawo coś mi wypominać!
- Ja ostatnią, a niby dlaczego?!
- To mój syn mieszka z nami, czy twój?
- Zrozumiałem aluzję.
- To nie ja mam dziecko z innym, więc z łaski swojej przestań wypominać mi Tobiasza! Patryk to najlepszy dowód TWOJEJ przeszłości, nie mojej. Sam nie byłeś święty dlatego daruj sobie…
- Naprawdę zro – zu – mia - łem!
- Gdybym robiła coś złego to bym ukrywała to przed tobą.
- Chyba ukrywasz skoro gadacie po włosku.
- Rozmawialiśmy we troje. Obok Tobiasza był nasz wspólny znajomy, kolega z włoskich czasów. Zna tylko włoski. To jego ojczysty język.  My tam nie używaliśmy imienia Tobiasz, wszyscy mówili po prostu Tobi.
- Czyli znałaś go już we Włoszech? – Krystiana naprawdę to poruszyło.
- Nie wiem dlaczego o to pytasz?
- Odpowiedz. – Krystian nalegał.
- Tak, tam go poznałam i zaprzyjaźniliśmy się. Skończ już ten temat. Każdy ma jakąś przeszłość. Ty kogoś miałeś, ja miałam. Nikt i nic tego nie zmieni. Nie ma sensu do tego wracać.
- Tobiasz to, co innego.
- Dlaczego? – miał rację, ale udałam, że nie rozumiem co ma na myśli.
- Podejrzewałaś mnie o EWENTUALNY skok w bok z którąś z dziewczyn ze studiów, pamiętasz?
- I myślisz, że ja mogłabym cię zdradzić z Tobiaszem, tak?
- Sama wtedy mówiłaś, że nigdy nic nie wiadomo. Człowiek może nie mieć pojęcia jak do tego doszło, że z kimś przespał się. To nie moje słowa tylko twoje.
- Dobra, byłam z Tobiaszem…
- Masz na myśli odległą przeszłość, zanim mnie poznałaś, czy bycie z nim niedawno?
- Dawne dzieje, czas przeszły, nawet bardzo.
- To było  jakieś dziewięć? dziesięć? wspólnych lat. To kawał czasu.
- Ja i on za bardzo się różnimy. Różnice między nami są takie, że  nie sposób tego przeskoczyć. Poza tym Tobiasza ukochaną jest praca. Wtedy wymyśliłam sobie inny sposób na życie niż mam teraz.
- A jak ci się odwidzi? I znowu coś się zmieni? – zasugerował Krystian.
- Liczy się tu i teraz i proszę nie psuj tego.
- Proponuję kompromis. Będziesz rozmawiać z nim po polsku, a ja będę udawać, że mam gdzieś te wasze pogaduszki.
- Okay, chociaż… Zapewniam cię, że Tobiasz nie ma czasu by utrzymywać ze mną kontakt, a ja nie mam chęci być z nim w kontakcie. Mnie i jego łączy jedynie przeszłość. Zadzwonił, bo nasz kolega miał ochotę ze mną porozmawiać. Lecisz ze mną do Włoch na spotkanie klasowe?
- Co takiego? – Krystianowi niezbyt spodobał się ten pomysł. Chyba nie chciałby wziąć udziału w takiej imprezie.
- Żartowałam, nie ma żadnego spotkania klasowego, ale do Włoch moglibyśmy polecieć. Pokazałabym ci Rzym, Mediolan, gdzie mieszkałam, moją szkołę.
- Super. Poznałbym to, co mój brat dawno, przede mną już poznał?
- To nie moja wina, że Natan miał czas by lecieć do Włoch, a też pracował, tak jak ty teraz.
- O co ci chodzi?
- Ty nic tylko praca i praca.
- To może udaj się tam znowu z nim.
Był irytujący! Zamiast zastanowić się nad swoim zachowaniem usiłował wzbudzić u mnie poczucie winy.
- Dlaczego taki jesteś? Załatwiliśmy jedną kwestię sporną, a ty znowu coś wywlekasz. Już zawsze tak będzie? Ja Natana nie zaprosiłam! Chciałam wtedy pobyć z ojcem.  I teraz też wybieram się do niego, do ojca, nie do twojego brata. Polecę tam z tobą, albo bez ciebie. Po prostu tęsknie za Włochami. I chciałam ci je pokazać, bo to dla mnie bardzo ważne miejsce.
- A co z Patrykiem?
- Poleci z nami.
     Patryś był fantastyczny, grzeczny, wesoły, pocieszny, kochany. Traktowałam Go jak własne dziecko, ale… W święta było mi trudno. Krystian jeździł wtedy z Nim do babci i dziadka, do rodziców Amandy. Nie było ich kilka godzin.
     Miałam ochotę i o tym dzisiaj pogadać, ale nie byłam w stanie poruszyć tego tematu. To wyglądałoby jak wypominanie czegoś Krystianowi, a przecież nie zrobił nic złego. Nie mógł postąpić inaczej.  To Jego syn. Nie mógł Go oddać rodzinie Amandy. „Widziały gały co brały”. Związałam się z facetem w dwupaku z dzieckiem.
Dla Krystiana to też był szok, że ma syna. Wierzyłam Mu, gdy mówił, że wcześniej nie wiedział o Jego narodzinach.
Do Włoch nie polecieliśmy. Znowu. Zawsze tak było, a to choroba Małego, a to przedstawienie w przedszkolu. Od kiedy pojawił się w naszym życiu wszystko bardzo się zmieniło.

Mój ojciec niezbyt to akceptował. Uważał, że się poświęcam i że Krystian mnie wykorzystuje. Według niego byłam Mu potrzebna do opieki nad dzieckiem. Nie przepadał za zięciem. Mój mężuś też nie darzył teścia sympatią. Pewnie dlatego nie latał ze mną do Włoch. Do ojca udawałam się zawsze sama. Nie sądzę by tylko chodziło o pracoholizm Krystiana. To było coś więcej. Oddalaliśmy się od siebie. Nic już nie robiliśmy razem. Miałam męża tylko teoretycznie. 

wtorek, 10 września 2019

Fragment 19.

     Dziecko… Mogę być ojcem. Przed Nią byłem z taką jedną. Kuzynka i jej psiapsiółka nie miały z kim iść na studniówkę. Jakub poszedł z moją kuzynką, ja z jej kumpelą. Tak poznałem rok starszą ode mnie Amandę. W czasie balu fajnie się bawiliśmy, lecz po nie utrzymywaliśmy kontaktu. Do czasu aż nagle znowu spotkaliśmy się, bo Amanda miała dla mnie i dla Jakuba zdjęcia ze studniówki.
To był tylko i wyłącznie seks. Nic więcej. Amanda nigdy nie miała dość. Chciała zawsze i wszędzie. Dzwoniła i spotykaliśmy się, albo czekała na mnie pod szkołą. Wagarowałem, nie chodziłem na fakultety przygotowujące do matury, nie miałem czasu na naukę. Chodziliśmy do kina, na imprezy, jeździliśmy pod namiot. Przez te amory doprowadzałem rodziców do szału i nie zdałem matury.
Na szczęście jakoś skończyłem szkołę średnią. Ale niezdana matura to był kubeł zimnej wody. To był impuls by wydorośleć. Nie podwinęła mi się noga, po prostu nie zaliczyłem dwóch egzaminów. Nie miałem szans próbować w wakacje. Mogłem dopiero za rok ponownie przystąpić do matury.
Po jakimś czasie przestało nam – mnie i Amandzie - się układać. Każde poszło w swoja stronę. Nie wiem co u niej. Może kiedyś okaże się, że urodziła mojego syna, czy córkę. Matki umierają i wtedy dzieci szukają swoich ojców, albo gdy potrzebny przeszczep rodzinny. W życiu różnie bywa.
Nie powiedziałem Sarze czego szukałem w necie, bo sprawdzałem, czy na facebooku, czy naszej klasie jest ta moja była. Znalazłem ją. Ma dziecko. To mały chłopiec. Patryk. Mój? Nie mój? Może powinienem skontaktować się z nią i dowiedzieć się. I co potem jeśli okazałoby się, że odchodząc była w ciąży? Jakby co wypadałoby chociaż alimenty płacić. To byłaby jedna z pozycji, co miesiąc do zapłacenia, między opłatami za prąd, wodę, czynsz?
Jeśli to rzeczywiście moje dziecko?
Na pewno Sara pomyślała, że może chodzić – jak to piszą na forach – o „s” (samobójstwo).
**********
- Czy twój pobyt w szpitalu miał coś wspólnego z ciążą? – spytał Krystian.
- Nie ma to jak wujek gogle i ciocia wikipedia. A co, nie chciałbyś zostać tatusiem. – to nie było pytanie, a stwierdzenie.
- Nie o to chodzi.
- Można powiedzieć, że przyczyną był stan błogosławiony.
- Uwielbiasz nabijać się z tego określenia.
- Jaki on błogosławiony? Kobieta rzyga i wygląda to tak jakby jej organizm chciał się pozbyć płodu. Mnie to się kojarzy z odrzucaniem przeszczepu. A moja znajoma, o swoim nienarodzonym dziecku mówiła „obcy”.
- Urodziła je?
- Tak, ma syna. Pomyślałeś, że poszła na skrobankę? Nie wiem, czy planujesz mieć dzieci, czy nie, ze mną, a może z inną… Nie przerywaj mi, proszę. Ale ja nie chcę dzieci. Jesteśmy za młodzi by zostać rodzicami. Życie przed nami, studia, praca, może kariera, dorabianie się. Nie marzę o powiększeniu rodziny!
- Teraz, czy nigdy?
- Nie za dużo tych pytań? Jednego jestem pewna, że teraz to na pewno nie chciałabym zostać mamusią.
- Powiedziałaś, że „można powiedzieć, że przyczyną był stan błogosławiony”. Byłaś w ciąży?
- Na to wychodzi.
- Spodziewałaś się dziecka. – głośno myślał.
- Ale już po sprawie. Poroniłam.
Teraz to On wyszedł z pokoju. Wyglądał jakby dostał obuchem w głowę.
Po chwili wrócił.
- Znowu masz minę której nie lubię. Nie wróży ona nic dobrego. – powiedziałam.
- Że niby jaką?
- Coś cię zdenerwowało?
- Nie! – odburknął. - Jak mogłaś powiedzieć, że: „już po sprawie”?
- Poroniłam, nie urodzę tego dziecka.
Robił wielkie oczy. Jakby słuchał tego co powiedziałam z niedowierzaniem.
- To był początek ciąży. Nawet nie miałam pojęcia o niej. Nie było żadnych objawów, typu na przykład wymioty. Nie rozpaczałam. Nie każda kobieta marzy o macierzyństwie. Dobrze się stało, że poroniłam.
Znowu był zaskoczony. 
- Chwila. Czyżbyś podejrzewał, że zrobiłam coś by tak się stało?
Zamurowało mnie.
- Ty naprawdę pomyślałeś, że pozbyłam się tego dziecka? Jak mogłeś?!
Był zakłopotany. Nie wiedział co zrobić, co powiedzieć.
- Może jeszcze zastanawiałeś się, czy ono było twoje?
Wyglądał jakbym przyłapała Go na czymś strasznym. Miał minę oznaczającą, że wolałabym nie usłyszeć odpowiedzi
- Pomyślałeś, że cię zdradziłam. Pięknie! Brałeś pod uwagę i jedno i drugie, celowe doprowadzenie do poronienia i moją niewierność. Nie wierzę. To jakiś koszmar!
- To nie tak jak myślisz.
     Dałam Mu w twarz. Ten tekst działa na mnie jak płachta na byka. Uprzedzałam Go, że tak zrobię. Mówiłam Mu to, gdy np. w telewizji ktoś wygłosił ten znienawidzony przez mnie tekst. Dla mnie oznacza on robienie z kogoś idioty.
- Może teraz tak mówię, bo co mam mówić? Mam rozpaczać? Skąd wiesz, że nie robiłam tego? Nie pomyślałeś, że mogłam naprawdę pragnąć tego dziecka? Bo było twoje! Nie przyszło ci do głowy, że poroniłam przez wizyty twojej mamuśki. Żyłam w wielkim stresie. Przez nią! Znowu ja jestem ta zła.
Podszedł w moją stronę. Cofnęłam się i wysyczałam wściekła na niego:
- Nie dotykaj mnie! Nie odzywaj się do mnie i najlepiej zejdź mi z oczu, bo nie mogę na ciebie patrzeć!
Miał ochotę wyjść. Już był w przedpokoju, sięgał po kurtkę, ale zawahał się.
- Idź. Nie polecę za tobą, żeby cię kontrolować i sprawdzać, czy nie wpadłeś na jakiś głupi pomysł!
Nadal stał. Był między młotem, a kowadłem.
- Nie spakuję się i nie ucieknę.
     Chociaż miałam wielką ochotę to zrobić. Może nie spakować się, ale dłużej pobyć sama, tak długo jakbym tego potrzebowała.
Chyba chciał wiedzieć, że nie spakuję się i nie ucieknę byle dalej od niego. Usłyszał co chciał usłyszeć i wyszedł.
Pojechał motorem. Słyszałam jak ruszył z piskiem opon.
Jemu te przejażdżki dobrze robiły, na mnie działały jak płachta na byka. Rzuciłam kubkiem. Potłukł się. Na szczęście był pusty. Posprzątałam szybko ze względu na Filona.
Ryczałam tak długo, że aż zabrakło mi łez.
Nie wiem ile Go nie było. Chyba wystarczająco długo nie wracał, bo zdążyłam ciut ochłonąć.

     Wrócił odmieniony. Nie był smutny, przybity. Wręcz przeciwnie. Uśmiechnięty. Coś knuł. Albo był pod wpływem czegoś poprawiającego nastrój. Też poproszę.
- Przepraszam! Nie kupiłem kwiatów, bo nie przyjęłabyś ich z myślą o bezpieczeństwie Filona. Ale mam coś innego.
- Mam dosyć niespodzianek. – powiedziałam to takim tonem, żeby odebrał to jako „spadaj!”.
- Ta jest miła, fajna. Jestem pewien, że ci się spodoba i sprawi radość. – ekscytował się Krystian.
- Wątpię.
- Rozmawialiśmy, że przydałby nam się wyjazd. Odpoczynek, zmiana otoczenia, bycie tylko we dwoje. A więc wyjeżdżamy. Bierzemy kota i w drogę.
- Gdzie? Kiedy?
- To niespodzianka.
- Mam nadzieję, że nie polecimy samolotem.
- Wiem, że nie dałabyś zamknąć Filona w luku bagażowym.
- I pod namiot też nie jedziemy?
- Nie będzie żadnych robaków, które mogłyby ci wejść do nosa, albo do ucha. Łazienka, brak telewizora, łono natury. Tak jak lubisz.
- Może lepiej Filona zostawić u sąsiadki? – zaproponowałam.
- Noo. Nudziłby się podczas, gdy my będziemy zwiedzać.
- Naprawdę wszystko zaplanowałeś?
- Tak. Możemy jechać w każdej chwili. Pakujemy się i w drogę.
**********
     Pojechaliśmy do domku, który należał do Jakuba. Odziedziczył go po śmierci ojca. Teraz udostępnił go nam – Krystianowi i mnie. Las i jezioro. Było cudownie!!! Potrzebowaliśmy tego 😊. Spokój, cisza, zero wtrącających się ludzi, lasy, grzybobrania, pikniki, rowery, wycieczki, żaglówka, oglądanie wschodów i zachodów słońca oraz gwiazd, spacery, kąpiele w jeziorze i my dwoje. Aż nie chciało się wracać.
**********
- Co myślisz o ślubie? – zapytał mnie Krystian.
- A ty? – potrzebowałam chwili do namysłu.
- Ułatwia życie, a nasze było ostatnio zbyt skomplikowane by nie rozważać zmian.
- Gdyby nie twoja zgoda nie wpuszczaliby mnie do ciebie, gdy byłeś w szpitalu. I nie miałabym pojęcia o twoim stanie, bo nikt by ze mną nie gadał.
- Po ślubie to by się zmieniło. Bylibyśmy małżeństwem, rodziną.
- Już nie byłoby krępujących sytuacji na poczcie typu: „a kim pani jest dla tego pana?”.
- Mogłabyś odbierać paczki, listy polecone i nie musiałabyś mówić, że jesteś konkubiną.
- Nienawidzę tego słowa!
- Żona brzmi zdecydowanie lepiej. – kusił.
- Chciałbyś tego?
- Tak, a ty?
- Myślisz o małżeństwie mając zaledwie 22 lata? – naprawdę mnie to dziwiło.
- Co ma do tego mój wiek?
- Jesteś taki młody.
- I od czterech lat dorosły! Czasem zachowujesz się jakbyś była moją nauczycielką, a ja uczniem. Nie uwodzisz nastolatka! To TYLKO trzy lata różnicy między nami, nie trzynaście, czy trzydzieści.
- Wiem.
     Ale gdy On będzie mieć dwadzieścia trzy lata będzie po dwudziestce, a ja wtedy będę mieć dwadzieścia sześć i będę dobijać do trzydziestki.
- Jesteś pewny? Zdecydowany?
- Jestem! Niestety ty nie bardzo. – posmutniał.
- Chcę ślubu! Chcę ciebie za męża!
- Nie rób nic wbrew sobie. Nie przejmuj się jak przyjmę ewentualną odmowę.
- Jeśli oświadczysz mi się – jak należy pomyślałam – powiem „tak”.
     Był pierścionek zaręczynowy. Szybko odbył się ślub (bez matki Krystiana). W urzędzie stanu cywilnego babka powiedziała, że trzeba odczekać miesiąc. Skorzystaliśmy z pierwszego, wolnego terminu. Nie potrzebny był nam konsultant ślubny.
Nigdy nie marzyłam o białej sukni i ślubie kościelnym, jechaniu limuzyną, czy dorożką, wypuszczanych gołębiach, albo motylach oraz o weselu dla stu osób. Nie rozumiem ludzi, którzy mają tyle do załatwienia przed ślubem, że czekają rok lub dwa lata. A to na wymarzoną salę, czy wymarzony lokal, a to na ulubiony zespół, żeby zagrał podczas wesela. Ludzie wydają majątek, zadłużają się. I po co? Na pokaz?
Ktoś powie, że to było tylko podpisanie papierka, a potem poczęstunek dla kilku gości. Nam to odpowiadało. Nie chcieliśmy robić szopki.

Załatwiliśmy sprawę w 20, może 30 minut zamiast marznąc w kościele godzinę, albo i nawet półtorej. Nie lubię być w centrum zainteresowania i gapienia się ludzi na mnie. 

czwartek, 15 sierpnia 2019

Kilka słów do czytelników: "Co było minęło?"

     Po prawej stronie, na pasku bocznym jest "archiwum bloga" - spis treści. Chcącym przeczytać moją książkę radzę zacząć od fragmentu 1, potem 2, 3, itd, aż do końca (do 22). Każdy fragment to dalszy ciąg: "Co było minęło?".


Czekam na Wasze opinie i wrażenia 
po przeczytaniu "Co było minęło?".

Proszę o wyrozumiałość, bo to moja pierwsza książka
(i pewnie ostatnia). 

annagerszendorf@wp.pl

Co było minęło? - link
tutaj można pobrać (za darmo) moją książkę
do wyboru 2 formaty:
PDF i EPUB.